wtorek, 9 października 2012

My name is Beata- czyli lesson 1




Na naukę nigdy nie jest za późno!!!
Wczoraj z solidnie wyposażonym tornistrem w dwa długopisy czarne, jeden żelowy niebieski, linijkę i ołówek z gumką...niezatemperowany (!?) oraz zeszyt z Dan- Marku w linię z okładką w jesienny deseń wyruszyłam na swoją pierwszą w życiu lekcję języka angielskiego.
Poziom dla very, very niezorientowanych w temacie, czyli posiadających wiedzę anglistyczną niższą, niż depresja sięga (ta geograficzna), chociaż w przypadku możliwych niepowodzeń, ta psychiczna, też jest realna.
Póki co, napalona jestem, jak szczerbaty na suchary, a moja motywacja i dobre chęci sięgają stratosfery, a nawet mezosfery (sięga wyżej, sprawdziłam w Google). I mam nadzieję, że nie wygaśnie lub nie przebije tej całej mezosfery i nie zniknie  w czarnej dziurze wszechświata.

Tak więc umiem już się przywitać: hello lub hi i wydukać z teksańskim akcentem "What's your name?" tadaaam!!! :))))))




4 komentarze:

  1. teksański akcent haha, dobry akcent masz nie przesadzaj :P

    OdpowiedzUsuń
  2. A jeszcze trochę i będziesz mówić tylko po angielsku :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Doskonale - za rok udzielisz mi korepetycji :)))

    OdpowiedzUsuń

Miło mi, że mój wpis Cię zainteresował. Dziękuję za poświęconą chwilę na komentarz :)